Sponsor

Polecane:
 Medycyna estetyczna

"Popularność jest jak afrodyzjak" - Paulo Coelho.

Uwaga, otwiera nowe okno. PDFDrukujEmail

(0 głosów, średnia ocena 0 na 5)


Jakiś czas temu pewien użytkownik zarzucił mi, że krytykuję artykuły innych, sama jednak asekuracyjnie nic nie piszę. Iście bezpieczna postawa, nieprawdaż? Stać z boku, przyglądać się, włożyć szpileczkę redaktorowi, samej jednak nie narażając się na jakąkolwiek krytykę (której jak już wielu się miało okazję przekonać, jako prawdziwy pan i władca Król Julian-szczerze nie znoszę). Ponieważ urlop sprzyja różnorakim przemyśleniom pomyślałam - czemu by nie? Niech mają pożywkę do plotek wszelakich na temat mojego "warsztatu pisarskiego".
No to do dzieła. Obiektem tego artykułu postanowiłam uczynić popularność w programach rozrywkowych. Czemu właśnie ją? Ponieważ z całkowitą pewnością nikt jej jeszcze całego artykułu w felietonach nie poświęcił. A ja lubię wyzwania i nieszablonowe rozwiązania (tak, tak - nie czuję jak rymuję;)). Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym wcześniej nie sprawdziła czy nie próbuję Was oszukać (nie świadomie, ale zawsze) i czy rzeczywiście felieton o takowej tematyce przypadkiem nie powstał. Po przewertowaniu wszystkich artykułów w tym dziale uspokoiłam się nieco, bo rzeczywiście popularnością jako taką nikt się tu jeszcze nie zajmował, jednak przypadkiem wpadłam na coś innego - artykuł własnego autorstwa, o którego popełnieniu już dawno zapomniałam. Czyli ów user niezadowolony z braku mojej aktywności twórczej na tym portalu nie nazbyt dokładnie zweryfikował prawdziwość swych poglądów z rzeczywistością. Dla niedowiarków podaję LINK.
Skoro kwestie formalne mamy już za sobą, możemy śmiało przejść do meritum.
Spróbujmy więc zdefiniować pojęcie owej popularności. Cytując za Wikipedią: "popularność oznacza bycie powszechnie znanym i cenionym". Jakkolwiek do pierwszej części tej definicji nie mam zastrzeżeń, o tyle epitet "ceniony" nastręcza już pewnych wątpliwości. Bo czy naprawdę "popularny" jest zawsze równoznaczny z "cenionym"? Spróbujmy sobie odpowiedzieć na to pytanie właśnie w kontekście owych programów rozrywkowych, o których wspominałam.
Pierwszymi, którzy przychodzą mi na myśl są tzw. "freaki" z rozmaitych castingów. Ignorantką byłabym, gdybym powątpiewała w fakt, iż spory odsetek tych osób staje się właśnie osobami popularnymi. Mam tu na myśli przede wszystkim Gold Boy'a, Rolanda, Justynę pan ma chcicę Świerczyńską czy Jacka Januszko, ale też tak naprawę wielu, wielu innych, przykłady można by mnożyć, tylko po co. To są dla mnie takie sztandarowe przykłady zdobycia popularności bez konieczności bycia cenionym. Bo umówmy się - ciężko cenić umiejętności taneczne wyżej wymienionych. Być może ktoś zarzuci mi niedostrzeganie innych cennych walorów tej wesołej gromadki. Nie wątpię, że takie posiadają, zwłaszcza w przypadku Jacka są one nader widoczne, panowie pewnie dostrzegą też to i owo u Justyny. Jednakże nie zapominajmy, iż swoją popularność cała czwórka zawdzięcza przede wszystkim temu, że nie potrafiła tańczyć, co na castingu do programu tanecznego ciężko uznać za cenną właściwość. Nie mam zamiaru ujmować żadnemu z nich powodów do bycia cenionym w innych dziedzinach życia, jednak na polu, na którym zdobyli popularność nie może być o tym mowy i basta.
Idąc dalej tym tropem przechodzimy do programu, w którym widać bardzo wyraźnie rozbieżność między dwoma komponentami naszej definicji popularności, czyli "powszechnie znany" i "ceniony". Mam tu na myśli oczywiście słynny Taniec z Gwiazdami. Która to już edycja? 123?;) Która by nie była i tak wykaże tę samą prawidłowość co poprzednie. Ludzie cenieni w swojej branży częstokroć są mniej popularni od tych powszechnie znanych i (nazwijmy to delikatnie) cenionych mniej. Mistrzynią tego ostatniego układu jest nie kto inny jak zwyciężczyni drugiej odsłony tego show - Kasia Cichopek. Tzw. "aktorka instynktowna", "aktorka serialowa", " aktorka jednej roli" i wiele innych zapewne niezbyt miłych dla jej ucha epitetów. Jakkolwiek by jej nie nazwać jest najlepszym przykładem na to, że nikt nie musi cenić Twych umiejętności, wystarczy że Cię znają. Oczywiście przy tym wszystkim nie można odmówić Kasi zdolności w kierunku tanecznym, jednak wątpię serdecznie by to naprawdę dzięki nim wygrała ten program.
Zgodnie z definicją "nie ważne co, byle mówili" zdaje się też często postępować Joanna Liszowska i bądź co bądź zaprowadziło ją to aż na 5 miejsce czwartej edycji show. Za to bolesną konfrontację pozytywnego obrazu siebie z rzeczywistością przeżyła w tym programie Kaja Paschalska również w czwartej edycji. Zachęcona sukcesem koleżanki Cichopek z konkurencyjnego serialu przekonała się, że czasem do bycia popularnym nie wystarczy, że Cię powszechnie znają. Dlaczego więc Kasi się udało, a Kai już nie? Być może dlatego, że ta pierwsza wykazywała mimo wszystko jakiś potencjał taneczny, ale osobiście myślę, że tak naprawdę widzowie nigdy nie wybaczyli Kai "Chinki Czikulinki", który to jakże ambitny utwór popełniła swego czasu wraz z Funky Filon;) Z kolei ceniona w fachu aktorskim Grażyna Wolszczak odpadła z programu jako piąta. Czego jej zabrakło? Oczywiście "bycia powszechnie znanym".
Jak widać, aby zostać "popularną osobą" nie trzeba łączyć w sobie obu składników przytoczonej przeze mnie definicji popularności. Ten pierwszy w zupełności wystarczy. Jeśli jednak chcesz oprzeć swoją karierę w show biznesie na profesjonalizmie i byciu cenionym -marna Twoja przyszłość. Dziś na naszym forum rozgorzała dyskusja na temat szans niejakiej Marii Niklińskiej na zwycięstwo w TzG. Zainteresowanych zapraszam TUTAJ . Marysia jeśli chodzi o popularność należy do tej samej grupy co Agnieszka Cegielska z edycji 7 - ani powszechnie znana, ani zbytnio ceniona. Niewiele lepiej, ale lepiej wygląda sytuacja jej partnera - Tomasza Barańskiego i to on prawdopodobnie przedłuży żywot tej pary na naszych ekranach. Tomkowi brakuje co prawda trochę do "bycia powszechnie znanym", gdyż na razie zjawisko to w jego przypadku występuje tylko wśród widzów YCD oraz czytelników pewnego portalu plotkarskiego, za to z całkowitą pewnością jest ceniony. Jak wcześniej wspominałam, ta konfiguracja cech jest niepewna jeśli chodzi o sukces w TzG, jednak zawsze możemy liczyć na to że żeńska część widowni zagłosuje na niego, bo jest przystojny.
Cóż, każdy powód jest dobry, żeby stracić trochę pieniędzy na smsa, czyż nie?;) Oczywiście aparycji Marii również nie można niczego zarzucić, tylko powątpiewam czy aż tylu mężczyzn ogląda ten program, żeby byli w stanie przegłosować te rzesze zazdrosnych o marysiową urodę bab, które z chęcią pożegnają ją przy najbliższej nadarzającej się okazji. A Wy jak myślicie?