Krytycznym Okiem - Kuba Piotrowicz
Wpisany przez Kat piątek, 03 września 2010 17:01
Piąta edycja „You Can Dance” w zastraszająco szybkim tempie zmierza ku końcowi; w programie pozostali już tylko najlepsi, bądź opcjonalnie, bardziej lubiani… 5 odcinek na żywo przepełniony emocjami po-raz-nie-wiadomo-który pożegnał dwójkę tancerzy, między innymi Kubę Piotrowicza. Pod armią tych liter kryje się 21-latek, tańczący na co dzień w Teatrze Tańca Caro Dance, którego stylem macierzystym jest Jazz.
Euforia spowodowana młodym uczestnikiem od początku trwała dosyć długo i właściwe można powiedzieć, że trwa nadal, bo Kuba na pewno nie należy do osób, o których się szybko zapomina. Mówi się, że tancerz ma wszystko: talent, urodę, siłę przekonywania. Niestety, w słowie „wszystko” nie mieściło się poparcie widzów (a przynajmniej nie tak spore jakim może pochwalić się kolega po fachu – Aleksander). Jednakże skromna osoba Warszawiaka nie zawsze wzbudzała we mnie pozytywne odczucia, w każdym razie nie należałam do jego wielkich fanów; jego zabawne uosobienie jakoś do mnie nie trafiało... Co szczerze mówiąc dziwi, gdyż z reguły taki typ człowieka zyskuje moją sympatię na starcie. Być może wynikało to z faktu jakim był zbytni szum wokół Kuby (zwłaszcza w słonecznej stolicy Izraela można było zaobserwować najrozmaitsze formy próby zwrócenia na siebie uwagi) co nie wzbudzało we mnie entuzjazmu. W efekcie nabrał on dla mnie kształtu sztuczności i niejakiej gry pod publiczkę. Siejąc blask swojej indywidualności w programie dla mnie niekiedy za nadto, nabrałam swego czasu przekonania czy może bardziej obawiałam się, że w ten sposób skradnie pozostałej grupie show bądź znacznie ograniczy ich rolę. Jednym z niewątpliwie ważnych instrumentów tancerza są publiczne apele (niekoniecznie te po odtańczeniu solówki), które – tak niekiedy bywa – rozstrzygają o piorunującym zwycięstwie jednego i klęsce drugiego. Zatem to mocno ryzykowny instrument, mogący niespodziewanie odwrócić społeczne emocje. Tak właśnie było w przypadku Kuby, i moim. Już doświadczonym, trochę odpornym na wtajemniczenie okiem nie mogłam obrać tego za dobrą monetę. Gdybym tego jeszcze nie przeżyła może bym w takie bajery uwierzyła. Niestety, mam za sobą już parę dobrych edycji, dlatego ta pamięć kazała mi zadać choć jedno pytanie: czy przypadkiem w ten sposób nie zawładnie programem? Czy jego działania aby na pewno są prawdziwe, autentyczne? Jak nie trudno było zauważyć, osobowość w przypadku Kuby współgrała w znacznym stopniu z umiejętnościami tanecznymi. Więc co po tym pozostawało?... W takim położeniu nic wyjątkowego. Myśl nie należała do przyjemnych; nie natchnęła mnie optymizmem na nadchodzące duety chłopaka, a czekał go ogrom pracy. Naturalnie do czasu, co nie zmienia faktu, iż moje początki z Kubą do najlżejszych nie należały…
Pomijając zabiegi promocyjne, bez których w obecnych czasach trudno jest zdobyć rynek jukendensowski, sukces tancerza zależy w głównej mierze od jego „zawartości”, do której czasem miewałam ważkie wątpliwości. Ta jedna kwestia pozwalała mi ująć w pigułce ewentualne możliwości Kuby: nieprzekonująca młodość z potencjałem. Kolejną rzeczą na niekorzyść chłopaka było z pewnością to, że chyba przyzwyczaił się grać drugie skrzypce po bracie, co było zresztą widać, słychać i czuć. W żadnym razie mi się to nie podobało, miałam wręcz pewnego rodzaju żal do Kuby o tę bierną postawę. Taniec Warszawiaka zaczął się dla mnie tak naprawdę od 3 odcinka live. Nie wcześniej, nie później. Pop zamiast cieszyć oko to tylko je smucił. Spory ułamek za tę własność można, a wprost należy, przypisać choreografowi (czyt. ognistemu roofiemu) odpowiedzialnemu za ten zawstydzający układ. Oczywiście nic dobrego z tego nie wynika. Z góry skazany był na porażkę. I chyba uczestnicy (Kasia oraz Kuba) czuli na plecach oddech klęski, bo nie było w ich tańcu tej iskry bożej, która by w nich wyzwalała niesamowite pokłady energii. O popie nie da się dobrego słowa powiedzieć. Mimo wszystko (tj. błędów Rafała) brakowało mi w tym występie Kuby, w zasadzie było go w tym duecie stosunkowo niewiele. Znów to ktoś inny grał pierwsze skrzypce, w tym wypadku, Kasia. Następny taniec, pomimo niewątpliwie zdolnej partnerki, rozkosznej choreografii i historii, w dalszym ciągu nie wyeksponował Kubę. Być może dla znacznej części z widzów niczego w tym występie nie brakowało. Dla mnie wprost przeciwnie – właśnie Kuby. Jego determinacji i dominacji, całkowitego poświęcenia się temu co mają stworzyć. Nadal sprawiał na mnie wrażenie człowieka właściwie niepewnego. Niepewnego swoich umiejętności. W ogólnym rozrachunku nie było to jednak do końca wspaniałe, zjawiskowe. Powiedziała bym, że mocno dobre. Nic ponadto. Mimo wszystko cierpliwie czekałam na jego boom taneczny, bo wraz z rozwojem sytuacji, nie wątpiłam, że przedstawiciel Caro Dance potrafi. Nie przeliczyłam się. Moje skromne życzenie zostało spełnione, za co Kubie szczerze dziękuję. Nawet Jive, mimo drobnego, prawie niezauważalnego, właściwie nic nie znaczącego, upadku, razem z tancerzami świetnie się bawiłam. I tu można się przekonać, że chociaż autorka artykułu zdaje się należeć do frakcji anty czy po prostu zobojętniałych oglądaczy wobec zdolności chłopaka, znajdujących upodobanie w drobnych złośliwościach, w rzeczywistości podziwia Kubę swoim małym trollim sercem i żałuje, że odpadł. Bo chętnie by na takie rarytasy w wykonaniu tego sympatycznego szatyna jeszcze popatrzyła.
| « poprzednia | następna » |
|---|


