Kin - początki
Poprawiony: czwartek, 10 marca 2011 15:07 Wpisany przez kinga poniedziałek, 13 września 2010 17:41
Dlaczego zaczęłam tańczyć? To pytanie, nad którym im więcej się zastanawiam, tym głębiej utwierdzam się w przekonaniu, że nie da się ustalić jednego, najważniejszego powodu.
Od dawna szukałam jakiegoś miejsca, gdzie mogłabym pokazać siebie, oderwać od codzienności, przestać przejmować się innymi i po prostu świetnie się przy tym bawić. Szczęśliwym trafem takie miejsce postanowiło utworzyć się w Domu Kultury w moim mieście :)
Ze światem tańca miałam wtedy niewiele wspólnego, od czasu do czasu oglądnęłam jakieś przypadkowe filmiki na YouTube – dlatego wybór szkoły tańca nie był do końca świadomy. Długo się nad tym wyborem zastanawiałam, owszem, ale byłam na taki poziomie, że utożsamiałam taniec jazzowy z muzyką jazzową (bez komentarza :D ). Kiedy przypominam sobie to, jak odbierałam taniec wtedy i jak postrzegam go dzisiaj – umieram ze śmiechu :D
Piszę, jakby to było miliard lat temu, a to nieprawda – zaczęłam jakieś dwa lata temu, czyli wtedy, kiedy w moim mieście nieoficjalnie powstała moja szkoła tanca.
Nie mogłam liczyć na wsparcie przyjaciół, bo w moim otoczeniu taniec był nieco... niemodny? Na pierwsze zajęcia przyszłam więc sama, a grupą, do której dołączyłam, okazał się new age. Patrząc na to z dzisiejszej perspektywy, tamtejszych dokonań na zajęciach nie można nazwać tańcem. No ale, każdy jakoś zaczynał :)
Mały przełom nastąpił w roku szkolnym 2009/10, kiedy to zmieniłam grupę – styl jednak pozostał ten sam. Poznałam bliżej osobę instruktora, a moja grupa nie była dla mnie już czarną bezimienną materią, tylko paczką bardzo dobrych koleżanek i kolegów, dzięki którym praca na zajęciach miała wymiar jeszcze lepszej zabawy niż dotychczas. Ekipa około 15 sympatycznych, roześmianych tancerzy stworzyła zgraną grupę.
No dobrze, cotygodniowo szkoliłam się w new age'u, ale ciągle mi było mało. Miałam ambicję rozwijać się też w innych kierunkach, dlatego jeździłam na warsztaty ze stylów „lirycznych”, jak zwykłam je nazywać. Nieregularnie uczestniczyłam w warsztatach z contemporary i jazzu, organizowanych przez moją szkołę tańca. Byłam również na obozie, o którym mam nadzieję, pozwolicie mi napisać w kolejnym arcie.
Teraz? Rozszerzyłam swoje zajęcia na dwie techniki, new age i jazz/contemporary. Kiedy zamiast swojego zwykłego odbicia w lustrze widzę coraz pewniejszą siebie tancerkę, już mnie to nie dziwi. Sala lustrzana stała się dla mnie drugim domem i miejscem, gdzie nie tylko tańczę, ale również spełniam siebie i swoje marzenia. Mój taniec nie ogranicza się do wykonywania choreografii, pokazuję w nim siebie i nieważne, czy na zajęcia przychodzę przeziębiona, zdołowana czy zamęczona na śmierć – wychodzę z nich zawsze odmieniona. Radosna, pełna energii bijącej od tańca i może od osoby wiecznie roześmianego instruktora. Pełna energii na następny tydzień, po którym znowu wracam na salę, do przyjaciół i do mojej największej pasji. I tak w kółko.
| « poprzednia | następna » |
|---|



Komentarze
również doświadczyłam coś takiego, że im grupa bardziej zgrana i potrafiąca smiac sie z siebie tym stwarza lepsze okazje do odbicia sie od rzeczywistości ;).
Wtedy zajecia oprocz mozliwosci samorealizacji umożliwiają po prostu spędzani czasu w milej atmosferze.
Żałuje, że już mam tyle lat ile mam. Chętnie spedzałabym pol dnia na sali tanecznej!;)
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.